Clarke
Patrzyłam na wszystkie idące przede mną osoby. Myślałam o tym co zrobiłam, żeby się tu znalazły. Zabiłam ponad 300 osób, aby oni przeżyli. Wiedziałam o tym, że za każdym razem, kiedy spojżę w twarz kogokolwiek z nich przypomną mi się moje czyny. Zatrzymaliśmy się kilka metrów od obozu.
- Zasłużyliśmy na drinka. - powiedział stojący obok mnie Bellamy.
- Wypij za mnie. - odpowiedziałam.
- Damy radę.
- Ja nie wchodzę. - powiedziałam mu.
- Jeśli potrzebujesz przebaczenia. Ja ci go udzielam.
- Wybaczam ci. Proszę wejdź. - dodał.
- Dbaj o nich. - wiedziałam, że potrafi to zrobić. Jest świetnym liderem.
- Clarke. - zwrócił się do mnie.
- Ich twarze będą mi przypominać, co zrobiłam, żeby ich tu sprowadzić. - wyznałam.
- Co my zrobiliśmy. Nie dźwigasz tego sama. - wiedziałam, że jest ze mną szczery, ale i tak miałam wrażenie, że to wszystko jest moją winą.
- Ja ponoszę koszty, żeby oni nie musieli. - powiedziałam.
- Dokąd pójdziesz? - zapytał się mnie.
- Nie wiem.
Pocałowałam Bellamy'ego w policzek i przytuliłam.
- Może się jeszcze spotkamy. - powiedziałam.
Odwróciłam się, żeby nie zobaczył moich łez, a on złapał mnie za rękę.
- Nie możesz mnie zostawić.
- Ale nie mogę zostać. - stwierdziłam.
- W takim razie pójdę z tobą.
- Nie możesz, oni cie potrzebują, potrzebują przywódcy. - powiedziałam.
- Pomyśl Clarke. Teraz kiedy zapanował pokój, nawet gdybyśmy zostali, nie robilibyśmy tego co kiedyś. To dorośli będą sprawować władzę.
- Tak, ale i tak nikt ocalały z naszej setki, nie będzie się tak liczył z ich zdaniem tak jak z twoim. - ciągnęłam dalej rozmowę licząc, że uda mi się go przekonać, żeby został.
- Nie graj na zwłokę Księżniczko. - wiedział jak bardzo denerwuje mnie, kiedy ktoś tak na mnie mówi. - Nie pozwolę ci odejść samej.
- Czyli mam przez to rozumieć, że i tak ze mną pójdziesz? - powiedziałam.
- Tak, zgadłaś. - uśmiechnął się. - To idziemy?. - złapał mnie za rękę.
- Idziemy. - odpowiedziałam.